• Dorota Szparaga

Żywienie na szlaku

Zaktualizowano: lut 22

Często w wiadomościach i komentarzach pytacie mnie o rady i patenty dotyczące przygotowania żywieniowego przed i w trakcie wyjazdu. Odwlekałam post na ten temat, bo zwyczajnie nie czuję się ekspertem. Wiem, że to dla Was ważny temat, dlatego spytałam eksperta, który pomógł mi przygotować mój wyjazd pod względem żywieniowym. Wspólnie z Marta Naczyk - dietetyk sportowy przygotowałam serię kilku postów o tym co jest ważne i o czym trzeba pamiętać. Poza wypowiedzią Marty będę dodawała komentarz jak to u mnie wyglądało w praktyce. Mam nadzieję, że będzie to dla Was przydatne.


O CZYM WARTO PAMIĘTAĆ PLANUJĄC ŻYWIENIE NA TAKIM WYJEŹDZIE, JAK MOJE PODWÓJNE GSB

Marta Naczyk:

Przede wszystkim trzeba wszystko ZAPLANOWAĆ. Nie zostawiaj swojego menu przypadkowi i maksymie „jakoś to będzie”. Na bazie swojego dotychczasowego doświadczenia wybieramy produkty, które najlepiej „wchodzą” podczas wysiłku, a nie zawsze będą tymi polecanymi jako przekąski sportowe.

Planując, podziel swoje żywienie na cztery części: śniadanie, przekąski w trakcie wysiłku, regenerację oraz obiadokolację.

Zaplanuj jadłospisy na kilka modelowych dni (różnych) i przemnóż to przez ilość dni, które planujesz maksymalnie spędzić na szlaku. To, co będzie Ci na pewno towarzyszyć to ogromny deficyt kaloryczny, czyli niedobór energii w odniesieniu do tego ile jej dostarczasz i ile wydatkujesz. Zadbaj o ulubione przekąski, aby go zminimalizować.

Na tak długich wyzwaniach dochodzi do zmęczenia smaku (flavour fatigue), jest to ważny aspekt psychologiczny, który może „położyć” całe nasze odżywianie, ponieważ nie będziemy mieli ochoty sięgać po kolejne słodkie i monotonne produkty. Z mojego doświadczenia wynika, że te typowo sportowe przekąski wzbudzają wstręt najszybciej, stąd warto mieć ze sobą bardziej konwencjonalne produkty, jak chociażby kanapki czy klasyczne słodycze, a nie tylko żele i batony sportowe. Warto być przygotowanym na to, że idealny plan nie wypali, więc trzeba mieć wybór i dostosowywać się do zmian i zachcianek. Nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której nie jesz przez wiele godzin, bo to najpewniej doprowadzi do trudnych kryzysów energetycznych, czyli po prostu zmęczenia i spadku motywacji do dalszego poruszania.


A JAK TO WYGLĄDAŁO U MNIE W PRAKTYCE

Szparaga: Jeszcze przed wyjazdem przetestowałam mnóstwo batonów, słodyczy, słonych przekąsek i trochę żeli energetycznych. Głównym miejscem zaopatrzenia był Rossman, ze względu na fakt, że tam można dostać najszerszą gamę zdrowych batonów i słodyczy. Na treningach wyeliminowałam to co kompletnie mi nie smakowało.

Następnie bazując na wytycznych od Marty przygotowałam 23 zestawy żywieniowe składające się ze śniadania, obiadokolacji, przekąsek słonych i słodkich na trasę. Zestaw na jeden dzień ważył 1.2 kg. Zestawy zapakowałam w 10 depozytów, które wysyłałam do agroturystyk, schronisk i nawet kościoła.

Na śniadania miałam przygotowaną mieszankę kaszek bezglutenowych z bakaliami i białkiem. Oczywiście smaki kaszek były różne a bakalie też, żeby nie wkradła się monotonia. Już w Pirenejach odkryłam, że kaszki to mega paliwo. Niestety pod koniec już mi kompletnie nie smakowały. Tak więc teraz dorzuciłabym jeszcze płatki owsiane.

W ciągu dnia miałam pakiet batonów, żeli, przekąsek słonych. Przykładowo: baton Be Raw, Bakaland, żel Spring, krówki, ciecierzyca prażona, bakalie. Na wieczór moja kolacja składała się z liofili: zupy i posiłku obiadowego oraz napoju regeneracyjnego.

Przez pierwsze 500 km żywiłam się tylko zawartością depozytów. W sklepach dokupywałam tylko banany oraz soki warzywne i owoce. Na powrocie czułam spadki energetyczne. Z powodu ciągłych opadów mój organizm potrzebował więcej kalorii i ciepłego posiłku w ciągu dnia. Dojadałam w schroniskach: zupa pomidorowa, szarlotka a raz nawet zjadłam przepyszny obiad w Puławach w restauracji Amadeus: ziemniaki z jajkiem i sałatką. W sklepach dokupywałam pieczywo, płatki i krakersy. Batony, które miałam w zupełności mi wystarczały. Niestety zjedzenie pieczywa w ciągu dnia kończyło się drzemką w krzakach, na co dzień nie jem takich rzeczy i organizm sobie z nimi nie radził. Dlatego też potem na takie szaleństwa pozwalałam sobie tylko wieczorem. A na koniec moim największym przysmakiem stały się krakersy: lekkie, kruche i nie zamulały jak buły.

Przekąski miałam w kamizelce biegowej pod ręką. W ten sposób mogłam co godzinę lub półtorej zjeść kęs czegoś. Bardzo uważałam, żeby nie dopuścić do zjazdu energetycznego, bo potem ciężko się podnieść.





0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie