• Dorota Szparaga

Relacja Główny Szlak Beskidzki: Wiata pod Połoniną Caryńską - Wołosate (Dzień 26 - ostatni)

Aktualizacja: lut 22


Dystans ok. 43 km (Total 1003km)


Ostatni dzień mojej wędrówki postanowiłam wykorzystać maksymalnie. Pobudka dość wcześnie, bo tego dnia czekało mnie ponad 40 km. Wyskoczyłam z namiotu o 3:45. Nieopodal w lesie koziołek chyba wyczul mój zapach, bo zaczął wyjątkowo głośno szczekać. Dziś nocowałam w wiacie pod Smerekiem. Zebrałam szybko namiot, zjadłam banana i ruszyłam do góry. Na wschód słońca nie zdążyłam, ale widoki były niesamowite. Przygotowałam kawę, płatki owsiane i na deser biszkopty bez cukru. Cudne miejsce na śniadanie. Tak naładowana energią ruszyłam dalej. O tej porze dnia miałam przywilej bycia sama na połoninie. Tuż przed Chatką Puchatka spostrzegam biegacza, który zbliża się do mnie. Jeszcze nagrywa mnie telefonem. Myślę, że coś musi być na rzeczy. To Jan Koza, którego drugiego dnia mojej wyprawy spotkałam w okolicach Przełączy Żebrak. Jan biegł Bieg Rzeźnika i przebiegając rzucił „spotkamy się na Wołosaniu”. Byłam bardzo zaskoczona. Słowa dotrzymał, co prawda na Połoninie się spotkaliśmy, ale i tak super niespodzianka.


Teraz idziemy razem. Dzięki niemu mam super tempo. Dużo rozmawiamy, skaczemy z tematu na temat. Gdy dochodzimy do Berehów Jan z samochodu wyciąga prowiant: banany, winogrona, jabłka, mój ulubiony sok Kubuś, wodę, cole i bułki. Część zjadam na miejscu a część biorę na wynos. Jestem dokarmiona i nawodniona. Dzięki niemu nie musiałam myśleć o uzupełnieniu zapasów. Przed nami wymagające podejście na Połoninę Caryńską. W towarzystwie Jana pokonuje je bardzo szybko. Rozmawiamy o wielu rzeczach. Najbardziej ciekawi mnie temat zwierząt w lesie i burz, z oczywistych względów. Nawet trudno mi się zorientować, kiedy dochodzimy do zejścia z Caryńskiej w kierunku Ustrzyk. Tu się żegnamy. Jan jest niesamowicie pozytywnym człowiekiem. Nadał mi też mocne tempo dzięki czemu tak szybko udało przejść nam się Caryńską. Dzięki niemu zyskuje dodatkową energię, która dziś będzie mi potrzebna.


Na zejściu z Caryńskiej rozpoznaje mnie para biegaczy z Krakowa. Obwieszczają licznym turystom, że właśnie dziś kończę moją 1000 km wycieczkę. W pewnym momencie rozlegają się oklaski. Aż się dziwnie poczułam, przecież mam jeszcze przed sobą ponad 25 km. Po drodze spotykam jeszcze kilka osób, przez co dojście do Ustrzyk Górnych się przedłuża. Kolejne miłe spotkania. Następnie zagadują mnie dwie dziewczyny z Elbląga o samotne wędrówki. Na koniec Pan z Krakowa o buty i bóle kolan. W końcu docieram na parking w Ustrzykach skąd mam 22 km do końca. Siadam, na krótką przerwę: jem i odpoczywam.


Przede mną podejście na Szeroki Wierch. Z góry spoglądam za siebie i widzę obie połoniny, które przepięknie wyglądają w tym słońcu. Mam super widoczność. Znów miłe spotkanie na szlaku. Wchodzę na Tarnice. Szlak GSB tędy nie prowadzi, ale nie mogę opędzić się pokusie.


Po zejściu z Tarnicy ruszam w kierunku Halicza. Turystów brak, za to widoki są nieziemskie. Na ile pozwala mi szlak podbiegam. Włącza mi się faza biegowa, czyli jak najszybciej do mety. Około 300 m przed końcem szlaku widzę parę turystów. Puszczam się za nimi biegiem, żeby ich poprosić o filmik i zdjęcia. Jak na złość pod górę. Końcówka była bardzo mocna. Skończyłam o 19.02. Zdjęcia i filmik nagrywam pośpiesznie. Wielokrotnie wyobrażałam sobie ten moment dotarcia na metę. Miałam nadzieję go kontemplować przy tej kropce, ale widzę bus do Ustrzyk. No nic, nici z rozkoszowania się chwilą, znów biegnę. To chyba kwestia adrenaliny, bo nogi nadal sprawnie pracują.

W Ustrzykach decyduje się na solidny obiad a w gratisie za przejście dostaje piwo. To mój pierwszy alkohol od 11.11.2019. Rozsmakowuje się normalnym jedzeniem i brakiem pośpiechu, na który teraz mogę sobie pozwolić. Wokół robi się ciemno. W Ustrzykach nie ma latarni. Gdy w knajpie zaczyna robić się tłoczno przenoszę się na przystanek skąd o 21.40 mam autobus do W-wy. O 6:20 będę na miejscu. Szybki prysznic i do pracy. Ja chyba nie potrafię żyć w spokojnym tempie, choć czasem bym chciała.


Jeszcze do mnie nie dociera ze skończyłam moją wyprawę. Jednocześnie się cieszę, że po mimo niesprzyjającej pogody udało mi się ukończyć to co zaczęłam, z drugiej jest mi smutno. Największą wartością mojej wędrówki są nowe górskie znajomości i życzliwość osób, które towarzyszyły mi na różnych odcinkach. Bardzo cieszę się, że moje ciało mnie nie zawiodło. Ukończyłam bez kontuzji i bez pęcherzy na stopach.


Jak trochę odsapnę i poukładam sobie w głowie to co się wydarzyło przygotuję podsumowanie mojej wyprawy. Mam też pomysł na kolejne wyprawy, więc na pewno będzie co czytać. Cieszę się, że szliście ze mną.

0 komentarz