• Dorota Szparaga

Relacja Główny Szlak Beskidzki: Wiata pod Kolaninem - Baza namiotowa Regetów (Dzień 6)

Zaktualizowano: lut 22

Dystans ok. 40 km (Total 222 km)


Tego dnia wstaję dość późno, bo o g. 4.42. Kaszka średnio mi wchodzi, ale wiem, że muszę zjeść, żeby mieć energię. Później kawa-mój najlepszy przyjaciel na tym wyjeździe.


Szukam najmniej mokrych skarpetek. Niestety przez te deszcze wszystko mam już mokre. Pierwszy kontakt ze skórą dość nieprzyjemny, ale później w trakcie marszu da się wytrzymać.


Na start tego dnia ostre podejście pod Kolanin, dalej idę lasem. Przecinam pasmo Magury Wątkowskiej. Przed Bartnem Pan Leszek Piekło ostrzegał mnie przed bagienkami. Zdecydowałam się iść szlakiem, ale na samym końcu gubię go na tych bagiennych łąkach i finalnie dochodzę do drogi. A właściwie dojdę do niej, jak tylko pokonam drut otaczający pastwisko. Dwie krowy bacznie mis się przyglądają a są po tej samej stronie ogrodzenia co ja. Na szczęście nie byłam dla nich zbyt interesującym obiektem i mogłam spokojnie przejść. W okolicach Bacówki w Bartnem znów jestem już na szlaku. Do Wołowca mam rzut beretem, jakieś 5 km. Początek mozolny, bo brnę w błocie, potem zaczyna się droga szutrowa. Przy strumieniu czyszczę się z błota za pomocą myjki do demakijażu. Genialnie zmywa błoto. Wchodząc do Wołowca jestem „prawie” czysta. Przynajmniej patrząc z daleka. Tak się zamyśliłam, że przegapiłam skręt do lasu, więc docieram tam szlakiem biegówkowym przez łąkę. W Chacie u Kasi zamawiam kawę i doładowuje telefon. Jeden z turystów mówi, że burza ma być o g. 17, więc nie czekając ani chwili zrywam się i ruszam jak najszybciej. Lecę do Zdyni, gdzie umówiłam się Arturem. Nie znaliśmy się wcześniej, ale gdy ruszyłam z tą stroną odezwał się do mnie przez facebook’a. Mieszka niedaleko szlaku i zaproponował, że jeżeli będę czegoś potrzebowała to może pomóc. Bardzo mi tym pomógł, bo akurat w tym rejonie nie miałam gdzie wysłać depozytu. Umówiliśmy się, że wspólnie przyjdziemy fragment trasy.


Po dwóch kawach nogi same mnie niosą. Burza niestety przychodzi wcześniej, bo o g. 14.30, gdy wchodzę do lasu. Przekraczam trzy strumienie, bez mostka. Peleryna plącze mi się między nogami. Jedyne co mi przyszło do głowy to myśl, że już miałam prawie suche buty. Na łąkach, gdzie szlak jest słabo oznaczony zbaczam za bardzo w prawo. W gęstym lesie idę na sagę (popularne jest też określenie ‘na rympał”), żeby złapać szlak. W między czasie dzwoni do mnie Artur z pytaniem gdzie jestem. Trochę przeczołgały mnie te krzaki. Nie pomagała też peleryna, która co chwila o coś zaczepiała. W końcu udało mi się wydostać z tych chaszczy i łapię szlak zielony rowerowy a potem leśną autostradą czerwony. Naprzeciw wychodzi mi Artur.


Schodzimy stromym zejściem, jest bardzo ślisko. Każde z nas zalicza upadek. Artur pobiegł przestawić samochód a ja podąża asfaltem do podnóża Rotundy. Idziemy wspólnie przez łąki, nad którymi unoszą się mgły. Jest pięknie. Sprawnie podchodzimy lasem. Mgły między drzewami tworzą magiczny klimat. Na szczycie cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej projektu Dušana Jurkoviča. Niezwykle urokliwe miejsce. Cmentarz został niedawno odnowiony i robi niesamowite wrażenie.


Jestem już tak przemoczona, że gdy stoję chwilę bez ruchu zaczyna mnie trząść z zimna. Plusem tych moich wszystkich dzisiejszych pomyłek nawigacyjnych, jest to, że ustrzegły mnie przed wchodzeniem na Rotundę podczas burzy z gradem. Na szczycie jeszcze widać kupki lodowych kulek.

Schodzę do bazy namiotowej w Regietowie a Artur do domu. Tego dnia, już samochodem, podwozi mi moją paczkę żywnościową i cudne różowe klapki.


W bazie same luksusy. Woda lecąca tak silnym strumieniem, że działa jak myjka. Źródełko. Nie chce mi się jeść, ale wiem, że muszę. Zjadam na siłę kolację: zupę, kaszkę, tortillę oraz koktajl. Jeszcze tylko mój wieczorny rytuał regeneracyjny: rolowaniem i maść końska. Przed snem piszę jeszcze relację. Ten dzień dał mi mocno w kość.


0 komentarz