• Dorota Szparaga

Relacja Główny Szlak Beskidzki: Iwonicz-Zdrój - wiata pod Kolaninem (Dzień 5)

Aktualizacja: lut 22

Dystans ok. 41 km (Total 182 km)

Dzisiejszą noc spędziłam na podwórku uprzejmych gospodarzy, a właściwie pod dachem ich altanki, ponieważ w nocy padało. Obudziłam się o g. 4. Śniadanie „na wypasie”, bo miałam dostęp do nieograniczonej ilości wody i to jeszcze w kuchni.


O g. 5.40 jestem już gotowa do wyjścia. Do Lubatowej idę drogą asfaltową w morzu mgieł. Mam dużo szczęścia, bo gdy dochodzę do sklepu trafiam na świeżą dostawę pieczywa. Zwabiona zapachem robię zakupy. Przede mną Cergowa. Na szczęście nie muszę iść bardzo stromą ścianą północną. Właśnie na ścianie północnej na Cergowej miała miejsce jedna z nielicznych akcji ratunkowych GOPR z użyciem lin w Beskidzie Niskim, gdy pewien romantyk chciał trasą na GPSie dla ukochanej narysować serce i właśnie tamtędy schodził, ale nie podołał. Cergową zdobyłam o g. 8. Wieża widokowa cała we mgle, więc niestety widoków nie było. Schodząc zatrzymuję się na chwilę w pustelni Św. Jana, biorę wodę i idę dalej.


W Chyrowej spotykam studenta, który tez idzie GSB i co jakiś czas zdaje egzamin. Nareszcie wychodzi słońce. Siadam na łące, wietrze stopy i podziwiam widoki. Potem znów wchodzę w las i błotnistą drogą pomykam do miejscowości Kąty. Znów zaczyna padać mżawka. Tuż przed Grzywacką Górą mylę szlak i niepotrzebnie idę drogą w dół. Muszę niestety wrócić. W tym momencie zaczyna się konkretna ulewa. Docieram do Kątów i odbieram swój depozyt. Korzystam z możliwości i w pizzerii wypijam 2 kawy z ekspresu. Właściciel doradził mi miejsce noclegu. Ciekawe skąd wiedział, że nie mam zamiaru nocować pod dachem… Zahaczam jeszcze o sklep, gdzie kupuję banana i sok wielowarzywny. Niestety ławeczka przed sklepem zajęta przez obserwujących mnie piwoszy, więc muszę usiąść w kącie. Naiwnie myślałam, że przestanie padać, ale niestety nadal leje. No cóż, muszę ruszać dalej.

Szlak prowadzi przez łąki. Wokół piękne widoki na mgły opadające w doliny. Nagle z naprzeciwka wychodzi 3 chłopaków. Jeden z nich mówi: gdzie tak sama idziesz? Porąbało Cię? Dostaję od nich zbędną butelkę wody. Mi się na pewno przyda, bo mam tylko 0,5l, więc musiałaby gdzieś szukać źródła. Zachęcają mnie, żeby wrócić do Chyrowej, ale ja mam inne plany. Zostaję za to poczęstowana ognistym trunkiem i ruszam dalej. Koledzy pozostają na łące i kontemplują dalej przyrodę i… trunek.


Wchodzę w las, gdzie zaczyna się konkretne podejście pod Kamień. Mgła, która mnie otacza sprawia, że las przypomina trochę scenerię filmu grozy. Jak zwykle o g. 18 mam przypływ adrenaliny. Pomimo doładowanego plecaka (2l wody plus paczka żywnościowa) idę dość szybko. Po podejściu błotną drogą idę dalej. Już nie zwracam uwagi na kałuże i błoto. Po prostu idę przed siebie.


Docieram do wiaty, gdzie chcę nocować o g. 20. Priorytety najpierw: ściągam mokre buty i skarpet, wietrzę stopy i zakładam suche skarpetki. Czuję spadek adrenaliny, moje ruchy stają się bardzo powolne, gdy przyrządzam posiłek (far fale ze szpinakiem i pestkami dyni, zupę, koktajl regeneracyjny, bułe oraz herbatę). Zajadam powoli analizując trasę na następny dzień. Zadzwonił do mnie Artur Wójcio, który wyjdzie mi na trasę na Kozie Żebro.

Rozkładam namiot w wiacie, zaczynam pisać relację i zasypiam. Dokończyłam nad ranem, gdy budzą mnie odgłosy lasu i zwierząt. W namiocie gorąco jakby ktoś włączył kaloryfer. Czuję ból mięśni, ale ratuję się maścią końską. Kończę pisać relację. W tle słyszę odgłosy lasu: „poszczekiwanie: dzików i jakieś wycie. Z wyjściem z namiotu czekam, aż będzie jasno.


0 komentarz