• Dorota Szparaga

Główny Szlak Beskidu Wyspowego: Grodzisko-Lubomir (Dzień 6)

Zaktualizowano: lut 2

Trasa: Szczyrzyc – Grodzisko – Raciechowice – Grodzisko - Wiśniowa – Lubomir – Schronisko na Kudłaczach - Pcim

Dystans: 44 km

Przewyższenia: +1826/-1825


Według prognoz dzień nie zapowiadał się optymistycznie. Przyznam, że po tak komfortowych warunkach pogodowych, które miałam w poprzednich dniach byłam trochę zawiedziona. Tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie poranek. Niebo okazało się prawie czyste i miejscami prześwitywało słońce.

Ruszyłam o g. 6.30 ze Szczyrzyca, z miejsca gdzie wczoraj skończyłam. Podejście na Grodzisko 618 m było bardzo przyjemne – prowadziło szeroką leśną drogą. Liście szeleściły pod nogami, słońce się wznosiło a ja zatapiałam się w naturę. Jeden z takich magicznych momentów, które kolekcjonuję. Poniosła mnie wyobraźnia. Zastanawiałam się, jak by to było iść tędy w nocy. Czy miałabym kłopoty z orientacją. I stwierdziłam, że pod koniec podejścia na pewno tak. Wygląda to tak jakby tam były pozostałości okopów. Na górze jest krzyż drewniany i grób z kamieni. Pomiędzy drzewami prześwitują widoki.


Zbiegam do Czasława – ciekawa nazwa - a potem asfalcikiem do Raciechowic, żeby zobaczyć dworek. Dworek był, ale niestety w remoncie. Wracam tą samą drogą na Grodzisko. W porównaniu do poprzednich dni jest rześko. Tuż za Grodziskiem widzę, że ktoś nadchodzi. Okazuje się, że to Tomek Kącki, z którym poznaliśmy się w trakcie mojego ostatniego wyjazdu. Spotkaliśmy się wtedy na Ćwilinie. Bardzo się ucieszyłam na jego widok. Takie spotkania zawsze dodają energii.


Jestem szósty dzień na trasie, mam 250 km i pojawia się zmęczenie. Wysiłek się kumuluje. Dobrze jem, przebywam w ciepełku, nie dźwigam plecaka, ale za mało śpię. Coś pomiędzy 4.5h a 5h. To zdecydowanie za mało. Rozmowy z Tomkiem mnie ożywiają. Zdobywamy razem Księżą Górę. Pogoda dopisuje, więc mamy szansę podziwiać widoki na polanie. Tutaj dosłownie 5 minut na herbatę z miodem i zbiegamy do Wiśniowej. Dalej Tomek jest moim przewodnikiem, już nie muszę patrzeć na mapę:). Z racji tego, że GSBW składa się ze szlaków różnych kolorów trzeba być bardzo czujnym. Po zejściu z asfaltu Wiśniowej kierujemy się na cmentarz wojskowy z I wojny światowej. Niesamowite są takie miejsca. Dalej idę posłusznie za Tomkiem, na tym odcinku szlak jest kompletnie nieoznaczony. Rozstajemy się w miejscu, gdzie są już dobre oznaczenia.


To spotkanie przypomniało mi GSB, gdzie dużo ludzi wychodziło na trasę. To zawsze dodaje energii a dodatkowo zawsze podkręcam tempo:). Dalsze podejście na Lubomir jest dużo prostsze niż się spodziewałam. Gdy dochodzę na górę pogoda się znacznie zmienia: deszcz i zimno. Na szczęście jak zawsze mam ciepłe rzeczy, ale ręce mi podmarzają. Szybkie zdjęcia i zbiegam do schroniska na Kudłaczach. Dziwnie wygląda wejście do schroniska zagrodzone taśmą. To mi przypomina co się dzieje na świecie. Na czas wyjazdu postanowiłam się zatopić w tym cudownym szlaku i nie myśleć o świecie zewnętrznym.


Staram się sprawnie zbiec do Pcimia, przede mną jakieś 6,5 km. Początkowo idzie gładko asfaltem. Potem w lesie jak już robi się zmrok, szlak skręca a ja nie zauważam oznaczenia. Jest ukryte na drzewie przy kapliczce. Na szczęście szybko się nawracam na właściwą drogę. Deszcz robi się dość intensywny a ścieżka stroma i kamienista. W międzyczasie organizuje sobie transport z Pcimia. Akurat syn właścicielki wraca z Krakowa. Dostaje skrzydeł i ostatnie 1.5 km przelatuje żwawo, choć nogi nieco obolałe. Czasem zastanawiam się skąd ja mam tyle szczęścia do ludzi. Ten dzień kończę z bilansem 275 km. Psychicznie jestem wypoczęta i ładuje energię w tych górach. Fizycznie od 5 dnia pojawia się zmęczenie. Bardziej układu nerwowego niż mięśni. Z moich wnikliwych rozkminek wynika, że to efekt za małej ilości snu. Znów śpię po 4,5-5 godzin a przy takim wysiłku to za mało. Drugi objaw podmęczenia to brak apetytu na trasie. Jednak dramatu nie ma:)






0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie